Przeglądając zarówno Twojego bloga lifestylowego www.jaion.pl oraz stronę poświęconą wywiadom ze startupami z Doliny Krzemowej i San Francisco na www.valleytalks.com ciężko oprzeć mi się wrażeniu, że jesteś dziewczyną, która żyje przygodą.

Chciałbym porozmawiać o Twojej historii. Jak to się stało, że znalazłaś się właśnie w USA. O pracy w Netflixie, o Twoich wywiadach ze startupami, o życiu w San Francisco i projektach, które rozwijałaś. Jak wyglądają realia tam na miejscu, co dalej z Sylwią Górajek oraz czy wszystko rzeczywiście jest tak piękne i różowe, jak to się na tych zdjęciach wydaje. Sporo się tego uzbierało w te 4 lata.

Przekopałem się przez obydwie Twoje strony, w głowie mam sporo pytań, jednak zaczniemy standardowo, od samego początku oraz Twojego życia jeszcze w Polsce. Czym się tutaj zajmowałaś, skąd pochodzisz i generalnie jaki miałaś plan na siebie, kiedy jeszcze w głowie nie zakiełkowała myśl o emigracji.

Od zawsze chciałam pracować w branży wideo i w reklamie. Ukończyłam psychologię społeczną rynku i reklamy, a studiując zajmowałam się robieniem fanowskich teledysków Depeche Mode, których uwielbiam. Bardzo mi się to podobało i zbierało dobre recenzje ludzi z całego świata. Już wtedy wiedziałam, że chcę tworzyć content wideo. W tym czasie poznałam mojego przyszłego męża Kubę, który miał swoje studio filmowe. Nasza współpraca od początku świetnie się układała, było więc oczywiste, że będziemy się rozwijać w tym kierunku.

Powiedz mi, jak to z tym wyjazdem wyszło. Na ile to wszystko było dziełem przypadku, a na ile misterny plan, przygotowany już od A do Z na miejscu w Polsce? Tak się składa, że masz również rodzinę w Stanach. Kiedy Sylwia wymyśliła sobie, że wyleci do Ameryki? A może za wszystkim stoi Kuba, Twój mąż. Chciałaś jechać, czy trzeba było Ciebie do tego wyjazdu nieco namawiać?

Oboje z Kubą uwielbiamy Stany Zjednoczone i mamy tam rodziny, które odwiedzaliśmy co jakiś czas. Od zawsze marzyłam o Ameryce, choć nie widziałam realnie takiej możliwości, by się tam przeprowadzić. Gdy się poznaliśmy, na nowo zatęskniliśmy za Stanami i zaczęliśmy snuć plany. Pewnego dnia zdecydowaliśmy, że wyjeżdżamy.

Nie ukrywam, że to Kuba tupnął nogą i powiedział, że nie ma co tego odwlekać, bo nigdy nie będzie idealnego momentu. Spakowaliśmy więc walizki i początkowo ruszyliśmy w ciemno, by zacząć poznawać tamtejszy rynek.

Opowiedz o swoich początkach w San Francisco, jakie zajęcie sobie znalazłaś. Wiem, że Kuba, poza rozkręcaniem UnStocka (startup, z którym robiłem wywiad w tym miejscu) zajmuje się nagrywaniem profesjonalnych klipów reklamowych, prowadząc studio filmowe w stylu „video storytelling”. Tematem na start miało być więc właśnie to. Jakie były początki?

Wiem, że długo zastanawialiście się, czy San Francisco, czy może jednak Los Angeles. Rozwiń ten temat.

Od początku wiedzieliśmy, że chcemy zajmować się wideo marketingiem dla korporacji i startupów, czuliśmy więc, że Dolina będzie dla nas lepszym miejscem. Jeszcze w Polsce zaczęliśmy szukać kontaktów w branży wideo. Pojawiło się wiele spotkań w Dolinie Krzemowej i w Los Angeles, jednak to kontakty z Doliny okazały się być bardziej efektywne. Po paru miesiącach od podjęcia inicjatywy, znaleźliśmy na miejscu partnera biznesowego, z którym założyliśmy studio filmowe. Powtórzyliśmy biznes, który sprawdził się w Polsce i taki był nasz pomysł na start.

Lądujesz w San Francisco, wysiadasz z samolotu, stawiasz pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi. Co czujesz? Boisz się, czy na pewniaka idziesz po swoje, bo wiesz, że to jest właśnie Twoje miejsce.

Oczywiście na początku nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Potrzeba stalowych nerwów, żeby rzucić się na tak głęboką wodę. Zresztą mieliśmy kilka podejść do przeprowadzki, gdyż najpierw przylecieliśmy, by się rozejrzeć, potem, by dokończyć rozmowy ze wspólnikiem i ogarnąć pierwsze papiery, a następnie już tak na dobre. Jednakże lądując za każdym razem, znaliśmy plan jedynie na najbliższe dwa tygodnie. Potem krok za krokiem posuwaliśmy się do przodu, ale nie wybiegaliśmy zbytnio w przyszłość, bo to mogłoby nas przytłoczyć. Często zastanawialiśmy się, gdzie będziemy za 3 miesiące. To było jak gra w ruletkę.

Jesteś w USA od ponad 4 lat, wylecieliście pod koniec 2012 roku. Pierwszy rok to było rozkręcanie studia filmowego, ale to zapewne na głowie miał głównie Kuba. Dla Ciebie przyszedł czas na kolejne wyzwania.

Jeśli chodzi o studio, podzieliliśmy się podobnie, jak w Polsce. Kuba zajmował się klientami korporacyjnymi, a ja wzięłam na siebie stworzenie i rozwijanie samej przestrzeni studia oraz biznesu wokół niego. W tym czasie wkręciliśmy się też w tematykę startupową, a mi nie dawał spokoju pomysł na komunikator, który powstał podczas pierwszego z tych dłuższych pobytów. Tak narodził się Spray i zaczęła się przygoda ze startupem.

Rok 2015 i praca w Apple. To był ten następny krok. Pracowałaś 10 miesięcy w ich głównym kampusie w Cupertino, nie ukrywam, że jestem ciekaw, jaki klimat tam Panuje. Opowiedz, czym się tam zajmowałaś. Czy nadal da się tam odczuć ducha Steve’a Jobsa?

Zajmowałam się projektem Apple Music. Razem z koleżanką decydowałyśmy, jakie treści językowe znajdą się w Apple Music i iTunes w Polsce. To była świetna praca! Ale nie powiedziałabym, że czuć tam ducha Steve’a Jobsa. Apple stało się wielką korporacją z gigantyczną siedzibą. Tak naprawdę najważniejszy jest zespół, w którym pracujesz. Panująca tam kultura pracy sprawia, że działy raczej ze sobą nie rozmawiają, chronią swoje informacje. Dało się to odczuć.

Z jednej strony twierdzisz, że praca świetna sama w sobie, z drugiej natomiast, że klimat jak w Mordorze na Domaniewskiej i typowym korpo. Możesz jeszcze pochylić się nieco zatem nad podejściem ludzi do pracy w Apple. Czują, że złapali Pana Boga za nogi i siedzą tam po 15 godzin na dobę, czy raczej 8-16 i do domu. Jeżeli już rzeczywiście pracują sporo, to ze względu na to, że sami chcą, czy raczej przez ciśnienie z góry.

Akurat w moim dziale wszyscy pracowali po 8 godzin, ale też taka była odgórnie narzucona struktura. Nie myślę jednak, że wszyscy w innych działach siedzą po 15 godzin. Znam wiele osób, które pracują w Apple, i normalnie widujemy się wieczorami, czasem nawet wychodzą wcześniej, żeby coś załatwić. Pewnie to wszystko naprawdę zależy od zespołu, do jakiego się trafi. Wystarczy, że jedna osoba pracuje ponad normę, to i innym głupio. Jednak jeśli potrzebuję coś zrobić ponad normę, to zazwyczaj biorą pracę do domu… Ja na szczęście nie musiałam nic takiego robić.2016 to już Netflix. Chyba jeszcze bardziej ciekawy projekt biorąc pod uwagę to, czym zajmowałaś się wspólnie z Kubą. Jak to się w ogóle wszystko potoczyło. Podejrzewam, że nie znalazłaś po prostu ogłoszenia w internecie, że poszukują kogoś do pracy nad polską wersją serwisu. Jak do tego doszło, że zaczęłaś tam pracę?

Zdziwisz się, ale właśnie z ogłoszenia 🙂 Ktoś mi je podesłał. Akurat doskonale się złożyło, bo kończył się mój projekt w Apple.

Z relacji widziałem, że byłaś bardzo zadowolona (kto by nie był) – opowiedz o nim coś więcej, nad czym pracowałaś na co dzień. Czy nie myślałaś może, aby zakręcić się tam na dłużej? W końcu zawsze byliście z Kubą blisko tematów związanych z wideo, a Netflix tym przecież żyje.

Netflix szykował start platformy w języku polskim, co było później dużym wydarzeniem w Polsce (wrzesień 2016). Szukali osoby, która sfinalizuje prace nad polską wersją i zatwierdzi jej gotowość do premiery. Było kilka etapów rekrutacji, ale uwinęłam się z nią w 2 tygodnie, a moje świeże doświadczenie w Apple zdecydowanie przesądziło o moim zatrudnieniu.

Można powiedzieć, że to był taki ‘dream job’, czyli korzystanie z Netflixa ile się da, wytykanie palcami niedociągnięć, strategia naprawy, a potem wymaganie jej realizacji. Nie trudno uwierzyć, że każdego dnia było jak w bajce. Netflix non stop, darmowe jedzenie, piękna pogoda. Panuje tam doskonała atmosfera, w dodatku Netflix chwali się, że płace są znacznie powyżej średniej. To jednak oznacza również dużą konkurencję i trzeba mieć oczy dookoła głowy, nie inaczej niż jak w każdej korporacji.

Poza pracą w Netflixie i Apple, cały czas szukasz również czegoś typowo dla siebie – dlatego odbijmy w końcu w kierunku startupów, współtworzyłaś przecież kilka ciekawych projektów. Spróbujmy omówić sobie jeden z nich.

2014 rok to Spray – komunikator w formie aplikacji mobilnej. Powiedz coś więcej o projekcie, jak się on potoczył i co się z nim stało.

Pomysł na Spray’a był taki: chodziło o stworzenie apki, która umożliwiałaby wysyłanie wiadomości do wszystkich osób w określonej odległości, bez podawania ich profili czy danych kontaktowych. Na pomysł wpadłam podczas podróży przez Route 66, kiedy to przemierzaliśmy samochodem Stany od LA do Chicago i Nowego Jorku.

W Las Vegas wzięliśmy ślub. Chcieliśmy świętować z mieszkańcami lokalnych miasteczek, ale nie mieliśmy jak do nich dotrzeć oraz niezręcznie nam było zaczepiać obcych ludzi. Pojawił się pomysł na komunikator, który pozwalałby skontaktować się z nieznajomymi w określonej odległości.

Dlaczego zawiesiłaś ten projekt. Co byś zrobiła inaczej z tą wiedzą, którą teraz posiadasz ze Spray?

Spray był świetnym pomysłem z ogromnym potencjałem, ale tworząc go dopiero wchodziłam w świat startupów i wiele decyzji podejmowałam pochopnie. Niestety głównym problemem była zła decyzja w doborze kluczowej osoby do teamu. Po ok 1,5 roku stwierdziliśmy z Kubą, że odchodzimy z projektu. Z perspektywy czasu wiem, że w tworzeniu startupu najważniejszy jest nie tyle pomysł, ale realizujący go zespół.

Już na samym początku trzeba być bardzo krytycznym, bo jeśli są jakieś sygnały, że coś idzie nie tak, to nie wolno ich bagatelizować. Zresztą inwestorzy też w pierwszej kolejności analizują zespół, a dopiero długo później rynek i produkt. Mimo, że może na pierwszy rzut oka nie dają tego po sobie poznać. Jesteśmy w 2016 i tutaj pojawia się idea na Valley Talks – cykl wywiadów z founderami startupami z Doliny Krzemowej. Jak to wyszło, skąd ten pomysł oraz czy od razu czułaś się w nowej roli jak ryba w wodzie?

Już po roku pobytu w Dolinie stworzyłam blog jaion.pl, gdzie opisywałam swoje doświadczenia. W tamtym czasie pracowałam w Apple i miałam mniej okazji na kontakty ze  środowiskiem startupowym, na których bardzo mi zależało. Chodził mi po głowie pomysł na globalny anglojęzyczny projekt.

Wymyśliłam więc wywiady ze startupami. Na początku byłam ostrożna, bo nie wiedziałam jak ta idea się przyjmie. Ale już od pierwszego wywiadu – najpierw tekstowego – był spory odzew. Format wideo wyklarował się po czterech wywiadach, a zainteresowanie rosło z każdym odcinkiem. Po dwóch miesiącach platforma była gotowa.

Można powiedzieć, że była to pewna ewolucja zajawki Twojego bloga o życiu w Kalifornii www.jaion.pl tylko w bardziej branżowym kierunku. Wcześniej nie byłaś dziennikarką. Jak sobie z tym radzisz? Widzę, że bardzo skrupulatnie opisujesz każdy wywiad, streszczając najważniejsze punkty, co serio robi wrażenie.

Wywiady przeprowadzam bardzo intuicyjnie, ale mam przecież spore doświadczenie w pracy po drugiej stronie kamery i reżyserowaniu innych ludzi. Staram się stosować do rad, które daję innym. Pomaga też świadomość, że pracuję nad moim własnym projektem, bo wiem, że mam nad tym pełną kontrolę.

Inicjatywa mi się podoba, widziałem kilka odcinków i widać, że wkładasz w to sporo serducha. Dlatego przybliżmy publiczności Startup Cribs choć jedną z historii.

Na pewno wyjątkowo zapadła mi w pamięć opowieść Julii Cordray. Jej historia odbiła się szerokim echem nie tylko w Dolinie Krzemowej. Julia stworzyła kontrowersyjną aplikację Peeple, która służy do oceniania innych osób. Dziewczyna spotkała się z falą hejtu, pod jej adresem padały nawet groźby śmierci.

Zlinczowano ją zanim jeszcze aplikacja została udostępniona do użytku. Urzekła mnie jej siła psychiczna, dzięki której się nie poddała i rozwijała swój pomysł. Myślę, że Julia dopiero się uczyła, nie uniknęła pewnych błędów. Na pewno nie zazdroszczę jej tych przeżyć, ale jej historia była bardzo poruszająca.

Najbardziej w pamięci utkwił mi Twój wywiad z Timem z Wisconsin, człowiek z przeszłością kryminalną i sporymi problemami, uzależnionym od narkotyków, który postawił na swoim i zebrał $1M finansowania. Opowiedz może w skrócie jego historię.

Tim otwarcie mówi o tym, że został zwolniony ze swojego własnego startupu za chorobę psychiczną. W Polsce to słowo wciąż powoduje ciarki na plecach. W Stanach panuje nieco większa otwartość, a posiadanie psychologa czy psychiatry nie jest powodem do wstydu. Wręcz przeciwnie – panuje na to moda.

W startupach wciąż jest to jednak temat tabu, a zarazem prowadzenie swojej firmy w Dolinie jest bardzo wyczerpującą pracą. Nietrudno o różnego rodzaju nerwice. Tim miał trudne dzieciństwo, jego życie było nieźle pokręcone, ale przede wszystkim został wykorzystany przez inwestora, który przejął 60% jego udziałów w firmie, co jest w Silicon Valley nie do pomyślenia.

Ewidentnie wykorzystano jego niewiedzę – to pokazuje zresztą, że ofiarami nadużyć padają także Amerykanie. Droga Tima była długa i wyboista, dostał od losu sporo kuksańców, co w tej branży nie jest rzadkością. Cieszę się, że chciał o tym opowiedzieć w Valley Talks.

Historia jak na film. Z tego co widzę, to temat totalnie Cię pochłonął. Jak zatem zamierzasz rozwijać Valley Talks dalej?

To prawda, mogłabym to robić 24 godziny na dobę, ale wiem, że muszę z głową podchodzić do rozwoju talk show. Na pewno będę kontynuować pozyskiwanie ciekawych partnerów i dużych, znanych w Dolinie marek, które pomogą mi dotrzeć do globalnej widowni. Na tym etapie marki zgłaszają się już same lecz trochę to trwa, by ustalić szczegóły.

Druga sprawa to pozyskiwanie gości. Na początku skupiałam się na małych, nieznanych startupach, by po prostu pokazać prawdziwe oblicze Doliny. Takich również nie zabraknie w moim programie, ale na pewno będę też docierać do dużych graczy, o których dużo się mówi w mediach i internecie.

Przeprowadzałaś również kilka wywiadów z naszymi rodakami w USA. Tak jak z Tomkiem Kołodziejczakiem z Neuroon, Michałem Wroczyńskim, CEO Fido Labs, czy Jakubem Krzychem – CEO Estimote. Polacy w Dolinie Krzemowej trzymają się razem?

Zdecydowanie tak. Mamy dużo mniej i bardziej formalnych meetupów, wymieniamy się kontaktami, pomagamy sobie. Mój mąż sam prowadzi startup UnStock, więc przez nasz dom przetacza się sporo osób ze środowiska. Wspieramy się i kibicujemy nawzajem. To na ogół naprawdę fajna społeczność, choć jak wszędzie bywają i tacy (nie tylko Polacy), którzy szukają szybkich okazji.

Jak wygląda kwestia budowania relacji i samego networkingu w USA. Kalifornia nie wydaje się być stanem dla introwertyków. Co Ciebie najbardziej w tym zaskoczyło? Jak wyglądają spotkania ludzi z branży startupowej w Dolinie?

W Dolinie jest mnóstwo świetnych eventów i okazji do networkingu. Istnieje nawet pojęcie FOMO, czyli fear of missing out, lęk przed przegapieniem czegoś ważnego. Normalnie przypisuje się to inwestorom, którzy boją się, że przegapią kolejnego Facebooka czy Snapchata. Ale widać to także wśród startupowców w San Francisco, którzy wybierają jakiś event, a chcieliby być w dwóch miejscach jednocześnie. Obawiają się, że przejdzie im koło nosa jakiś ciekawy kontakt czy szansa.

Ale networking na eventach wcale nie jest lekkim zadaniem. To są relacje, o które trzeba bardzo zabiegać i dbać. Wymaga to naprawdę ciężkiej pracy. Kiedy idę na jakieś spotkanie, spędzam potem pół dnia dbając o to, by na stałe połączyć się z nowym kontaktami.

Networking i znajomości wydają się być kluczowe szczególnie za oceanem. W Polsce ludzie raczej się z tym kryją.

W USA jest odwrotnie. Załatwienie czegoś dzięki znajomościom to zaleta. Amerykanie są z tego dumni, a przynajmniej – nie kryją się z tym wcale. W przypadku załatwiania pracy, pracownicy nagradzani są za to, jeśli polecą kogoś do firmy i ta osoba zostanie zatrudniona. Większość naszych znajomych dostała się gdzieś do pracy dzięki “znajomościom”. Również, jeśli chodzi o finansowanie startupów, to to, kogo znasz lub poznałeś, jest kluczem Twojego istnienia.

Przykładem jest wywiad z Jonem, który zrobiłam do Silicon Valley Show. Jon nie tylko przyznaje, ale wręcz chwali się kilkoma rzeczami, m.in.:

— Pierwsze finansowanie na swój startup zebrał od rodziców ($20,000).
— Firma prawnicza, którą zatrudnił to firma, w której pracuje jego tata. Oczywiście nie zapomniał podkreślić, że dostali specjalne warunki (które nieraz są przyznawane startupom, ale nie zawsze).
— Kolejne finansowanie na $100,000 zdobył od znajomego swojego taty.
— Wiele rzeczy udało się dzięki szczęściu, bez większego zachodu, jak np. dostanie się do prestiżowego akceleratora 500 Startups
— On i jego zespół liczyli na to, że będą gwiazdami dzięki TV Show, który miał być emitowany na ogólnokrajowym kanale w Stanach. Niestety do emisji nie doszło, i przyznaje, że jest to dla niego duży cios, o którym woli nie myśleć.

Dlaczego Jon tak otwarcie mówi o tych rzeczach?

Bo po 1. znajomości to oznaka tego, że jesteś lubiany, popularny, że otaczasz się fajnymi ludźmi, i że umiesz te znajomości wykorzystać. Amerykanie bardzo cenią sobie sieć kontaktów. Uznają to za dużą wartość i przez lata na nią pracują. Zapewne jest to jeden z czynników, dla których wszyscy są tacy mili dla siebie. Wiedzą, że zaraz będą potrzebowali referencji lub kontaktów do kogoś innego.

Po 2. Ameryka opiera się na pójściu na łatwiznę kiedy i gdzie się tylko da. Jeśli musisz sobie radzić ze wszystkim sam, to znaczy, że albo masz pecha, albo nikt Cię nie lubi.

No więc, na porządku dziennym jest zapoznawanie ludzi ze sobą, sugerowanie, kto powinien poznać kogo, żeby coś udało się szybciej i łatwiej.

Ciekawe. Wy mieszkacie w samej Dolinie, dużo się tam dzieje? Gdybym chciał wynająć sobie choć biurko dla własnego startupu w San Francisco, to ile by mnie policzyli?

Wydawałoby się, że to w Dolinie dzieje się najwięcej, startup goni startup, biznesy kwitną, rodzą się technologie. Jednak tak naprawdę, Dolina uchodzi za sypialnię, za teren przeznaczony dla rodzin z dziećmi, dla tych, którym nie chce się wychodzić wieczorami, którzy potrzebują przestrzeni, szukają ciszy i spokoju. I nic dziwnego, bo taka Dolina jest.

My mieszkamy w jej samym środku: 15 min od Facebooka, 10 min od najbogatszych funduszy inwestycyjnych na Sand Hill Road, niedaleko od reszty korporacji. I rzeczywiście, dzieje się tu o wiele mniej zarówno pod względem eventów dla startupów jak i imprez oraz życia towarzystkiego. Jeśli ktoś jest singlem, to nie wyobraża sobie życia w Dolinie. Zauważyliśmy też, że wszystkie startupy skupiają się w San Francisco.

Oczywiście, są huby w Mountain View i Palo Alto, lub nawet w San Mateo jak np. Draper University, ale zdecydowana większość osadza się w SF. Przyciągają je inkubatory i miejsca co-workingowe, których w San Francisco jest zatrzęsienie. Jakiś czas temu odwiedziłam nowe miejsce kreujące się na bardziej ‘domowe’, przyjazne, pozbawione surowego klimatu.

Otwarte zostało październiku 2016, a już jest przepełnione i ma listę oczekujących na min. pół roku. Wiesz ile kosztuje tam dedykowane miejsce przy biurku? $1,100 miesięcznie. Pokój 2-osobowy? $2,890/mies. Bilet wstępu na 10 dni w miesiącu bez gwarancji dostępu do biurka? $500.

Jak jesteśmy w SF na wieczornej imprezie i podczas rozmowy pada informacja, że mieszkamy w Dolnie (tj. samochodem ok 35 min od centrum SF), to na twarzach rozmówców zawsze rysuje się wyraz politowania 🙂 Bo przecież my mieszkamy na wsi. Tam nic się nie dzieje, nie ma nic ciekawego, musimy długo dojeżdżać i w ogóle.

Ot, i taka historia mieszkania parę minut od Facebooka. To Ci San Francisco współczuje.

Dobry motyw. Zastanawiam się jeszcze nad pewną kwestią. Wszystko zarówno na jaion.pl jak i valleytalks.com przyciąga, aby pojechać do USA. Jednak każdy kij ma dwa końce. Każdy temat ma swoje dobre jak i złe strony. Jak jest w tym przypadku?

Jaką cenę trzeba płacić za to życie, jakie prowadzisz. Zalety już znamy. Jakie dostrzegasz największe wady życia w Kalifornii?

Niewątpliwie codzienności towarzyszy tam stres. Dużo się dzieje, Dolina stwarza ogromne możliwości, ale też bardzo wysokie są koszty życia. Trzeba bardzo dbać o swoją stabilność. Dla aktywnych i pomysłowych osób nie jest problemem robienie tam ciekawych rzeczy. Trzeba się jednak sporo nagimnastykować i każdego dnia być na wielkich obrotach, gdyż gra się o wielką stawkę i sporo się ryzykuje.

Z pewnością są jeszcze pewne kwestie, o których nie mówiłaś, lub nie bardzo chciałaś powiedzieć. Czego mimo tych 4 lat nadal nie akceptujesz w USA. Coś, co Ci się nie spodoba i prawdopodobnie nie będzie?

Na pewno standard mieszkań. W Ameryce jest on znacznie niższy niż w Warszawie czy choćby w Suwałkach. Nawet nowe budownictwo jest dosyć tandetne w porównaniu do nowych mieszkań w Polsce, które byłyby traktowane jako ekskluzywne, tylko dla bogaczy. Trudno mi się do tego przyzwyczaić i nie mogę się doczekać, aż będę mogła urządzić mój dom od a do z.

Druga sprawa to bankowość, jest sto lat za polską bankowością. To ciekawe w kraju, w którym jako pierwszym wchodzi Apple Pay. Zrobienie przelewu to droga przez mękę w porównaniu do naszych polskich systemów. .

Wstaję o 6:20 rano, jak co dzień.” Dlaczego tak? Dziewczyno, zamierzasz w końcu zwolnić, czy nie bardzo?

Akurat pobudki o 6:20 to czasy pracy dla Apple’a, ale teraz z kolei pracuję do późnych godzin. Jest tyle możliwości, że trzeba je chwytać i nie marnować czasu! Na razie korzystam z tego, co mam tu i teraz, i że mam energię, by działać. Szkoda życia 🙂

Jest coś poza Valley Talks, co zaprząta teraz Twoją uwagę? Jeden temat to dla Ciebie o dwa za mało, także na pewno ukrywasz jeszcze jakieś asy w rękawie.

Myślę, że Valley Talks niesie tyle możliwości, że na razie skupiam się na jego rozwijaniu. Na co dzień to zajmuję się jeszcze produkcją wideo, robię filmy reklamowe dla startupów.  Być może pojawią się inne projekty związane ze światem startupów, choć pewnie będą bardziej specjalistyczne i niszowe, więc niekoniecznie będzie o nich od razu słychać.

Produkcja wideo to temat dla mnie obcy, dlatego nurtuje mnie, jak wygląda cały proces tworzenia i dogadywania wizji danego materiału? Strzelam, że z nagraniem trzeba się zapewne uwinąć w jeden dzień, natomiast przygotowanie planu i późniejsza obróbka to już o wiele bardziej złożony proces.

Opowiedz, jak to wygląda w praktyce.

Ah, to już spora filozofia 🙂 Generalnie tak, sam dzień nagraniowy to wierzchołek góry lodowej, zazwyczaj efekt wielu tygodni przygotowań. Potrafi trwać nawet do kilku dni. A potem montaż i edycja materiału, co też potrafi być bardzo złożone. Generalnie najpierw musi powstać pomysł i koncepcja na całość. Dopiero wtedy zresztą da się ocenić ogólny koszt takiej produkcji, bo niby wideo to wideo, ale tak naprawdę to tylko forma zapisu.

Jeśli w scenariuszu wymyślisz sobie 15 osób lecących na księżyc, to trochę inna produkcja niż gadająca głowa do kamery na tle biura i parę podpisów. Dlatego zazwyczaj gdy klient pyta, ile kosztuje wideo, odpowiadam mu, że najpierw musi mi powiedzieć co chciałby, by się w nim znalazło.

Deal na koniec. Dostajesz na stole dwie bardzo konkretne oferty pracy nad ciekawym projektem w Apple lub w Netflixie, z realną możliwością zadomowienia się tam na stałe. Jednakże – warunkiem byłoby 100% poświęcenie się dla danego tematu i odsunięcie w kąt Valley Talks.

Co robisz, którą drogę wybierasz i dlaczego.

Niee, no nie ma szans 🙂 Wiele razy pojawiało się takie pytanie czy też nawet tego typu wybór. Valley Talks to nieoceniona wartość, która dopiero raczkuje, a już przyniosła nam bardzo wiele dobrego, otwiera najbardziej zamknięte drzwi i szybko procentuje. Uwielbiam to robić i żadna praca w korporacji nie zastąpiłaby mi tego.

Wypadałoby zatem zapytać – what’s next. Czym zaskoczysz w 2017? Jaki plan na siebie ma Sylwia Górajek?

Na pewno planuję ciekawe partnerstwa przy okazji Valley Talks. Będę rozwijać i umacniać markę oraz spodziewajcie się rewelacyjnych gości!

Sylwia, jestem pod wrażeniem. Przebojowa, a zarazem normalna z Ciebie dziewczyna, także szczerze trzymam kciuki za rozwój ciekawej inicjatywy. Dziękuję za poświęcony czas. Przekopałem się dość mocno przez www.jaion.pl oraz www.valleytalks.com. Śmiało polecam każdemu, kto zamierza wyjechać do USA i czuje klimat startupów.

Dobra robota, tak trzymaj.

Napisz coś od siebie!