Dziś będzie o pewnej ciekawym love-story wprost z Doliny Krzemowej, a także o tym, jaki to będzie miało ciąg dalszy. Wszystko zaczęło się tak: 23-letnia Anne Wojcicki, córka pochodzącego z Polski profesora fizyki, kończy biologię na prestiżowym Yale, wchodzi w branżę biotech, ot, nic specjalnego. Zaczyna się interesować ludzkim genomem i 23 parami chromosomów…

W 2006 wraz z koleżanką zakłada startup, który ma się zajmować badaniami genetycznymi. Wygląda to na zwykłe laboratorium, ale Anna ma nieco inny patent, który planuje wdrożyć w życie. Wiadomo, skoro robimy startup, to tylko z wielką misją ratowania świata mamy szansę w jakikolwiek sposób zaistnieć… ewentualnie, musimy mieć jeszcze mocne plecy, ale… to za chwilę.

Czym dokładniej zajmuje się 23andMe? Ma być bankiem genów, do którego każdy z nas może mieć swobodny dostęp. Dzięki 23andMe możesz poznać swoją genetyczną przeszłość, na przykład odnajdując swoje rodzeństwo. Właśnie z pomocą startupu Anny, tysiące osób na świecie odkryło swoje biologiczne rodziny. Świetna szansa dla ludzi wychowujących się w domu dziecka.

orderGetting started is simple – zapamiętaj to 🙂

Wszystko jest banalnie proste. Jeśli chcesz poznać szereg informacji o tym, jakie masz uwarunkowania genetyczne, wystarczy że za zamówisz starter DNA ze strony www.23andMe.com, który wypełniasz, przekazując swój materiał genetyczny, po czym odsyłasz z powrotem. Tego typu starter kosztuje $149.

23andMe pomaga również odkryć Twoje prawdziwe korzenie – określając jaki % Twojego DNA pochodzi z której części świata. Może okazać się, że masz azjatyckie, lub skandynawskie geny, z czego nawet nie zdawałeś sobie sprawy. Dzięki temu ludzie po prostu są w stanie lepiej poznać swoje rzeczywiste pochodzenie.

Wszystko pięknie i cudownie, ale bez przesady. 

Na tego typu przedsięwzięcie potrzebne są spore inwestycje, a koniec końców kasa powinna się przecież zgadzać. Nie nam oceniać, na ile ludzie mają chęci, aby badać swoje genetyczne pochodzenie, niemniej jednak potrzeba dokapitalizowania przedsięwzięcia wydaje się jasna, pytanie tylko – skąd i na ile? 

Anna poślubiła w 2007 roku Sergeya Brina, który najpierw wykłada drobne $9M dla 23andMe, który o choćby najmniejszej trakcji może sobie tylko pomarzyć (oczywiście kasa poszła od Google, a nie od niego samego, choć na jedno wychodzi). Następnie poszło znacznie szybciej, czyli rzuć sobie okiem na kolejne rundy finansowania i odpowiedz na pytanie, po co to wszystko…

W sumie niemal pół miliarda dolarów inwestycji, na przedsięwzięcie, które od blisko 10 lat określa się mianem „startupu”, przy wycenie na poziomie 1,5 miliarda USD. Mówi się o chęci wejścia na giełdę, jednak Anne i jej zespół milczy, nie komentując zarówno tej jakże pięknie napompowanej wyceny, czy rychłego IPO.

Można by się zastanawiać, po co firmie, która pozyskała pół miliarda dolarów, choć niemal nie zarabia, wejście na giełdę? Po to, aby zebrać kolejne pół miliarda? Branżę biotech oraz wszystkie nowinki z tym związane należy cenić, wspierać i trzymać za nie kciuki. Ale czy ktokolwiek obraziłby się, gdyby 23andMe wycenione było nie na $1,5 mld, a na $150 milionów? Raczej nie. Przy chorych inwestycjach dochodzi cholerna presja na to, aby wyjść z tego na dobrym poziomie, dlatego wchodzimy na giełdę, aby odciąć kupony mogli Ci, którzy sfinansowali nam tą  całą zabawę, a my jedziemy dalej.

Wszystko i tak opakujemy jako super innowacyjne przedsięwzięcie, które zmieni postrzeganie naszej przeszłości oraz pewnie przyszłości. Wall Street przecież kocha takie historie. Pytanie tylko jak to wszystko będzie się miało do wyników finansowych spółki?

Who cares! 

Jak pisze Anna na swojej stronie – getting started is simple, szczególnie, gdy ma się tak mocne plecy.

 

 

Napisz coś od siebie!