Świetnym aspektem ponownego zapoznawania się z nieco starszymi dziełami science fiction jest ocena, na ile przewidywania twórców co do życia w przyszłości zostały spełnione. Niestety “Simpsonowie” czy “Piąty element” zawodzą pod tym względem, bo jakoś wciąż nie możemy doczekać się upowszechnienia latających samochodów. A może to my zawodzimy, nadal nie potrafiąc dostarczyć odpowiedniej technologii?

Skromne początki

Ale nie jest tak, że nie próbowaliśmy. Stworzenie latającego samochodu, który miałby być czystszy, cichszy, prostszy i bardziej mobilny niż dostępne powszechnie środki transportu od lat marzy się wielu konstruktorom. Pewne zasługi na tym polu mają Airbus czy Uber, ale póki co nie doczekaliśmy się niczego spektakularnego. Podczas gdy ten ostatni co chwila musi wygrzebywać się z kłopotów i stale przesuwa premiery swoich wynalazków, uwagę fanów nowinek technologicznych przykuwa Alaka’i Technologies.

Całkiem nowy gracz

Alaka’i do napędzania swoich pojazdów proponuje wykorzystanie wodorowych ogniw paliwowych, które są zdolne do produkcji energii elektrycznej. Firma przedstawia swoje rozwiązanie jako kompletny game changer i wiele wskazuje na to, że ma rację. Właśnie zaprezentowano pełnowymiarową makietę swojego latającego auta, które ma pomieścić 4 pasażerów i kierowcę – choć trafniej byłoby go chyba nazwać pilotem.

Wodór to game changer

– Wodór ma kilkaset razy większą gęstość energii niż najlepsza technologia akumulatorów litowo-jonowych – mówi Bruce Holmes, wieloletni współpracownik NASA i członek zarządu Alaka’i. Podobno Skai może przewieźć ładunek ważący 1000 funtów, czyli jakieś 450 kilogramów, na dystansie 460 mil (około 740 kilometrów) z prędkością ponad 100 mil na godzinę. To oznaczałoby, że konkurenci zasilani bateriami, tacy jak na przykład Uber, nie mają do niego podjazdu.

Dla porównania Uber wymaga od swoich kontrahentów, Boeinga i Embraera, konstruktowania pojazdów, które na jednym ładowaniu przelecieć mogą zaledwie 60 mil. Jedyne, w czym ich latające fury miałyby być lepsze, to osiągana prędkość: 150 mil na godzinę kontra 100. Przewaga prędkości to niewiele, o ile wierzyć słowom ludzi z Alaka’i, którzy utrzymują, że wodorowe ogniwa paliwowe pozwalają także na stworzenie konstrukcji o wiele prostszej niż w przypadku konkurencji. A prosta konstrukcja to również prosta droga do certyfikatu od Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA), amerykańskiego organu nadzoru lotniczego, który musi zatwierdzać wszelkie pojazdy poruszające się w przestrzeni powietrznej. Podobno uzyskanie zgody na produkcję latającego samochodu może trwać nawet pięć lat, a Alaka’i jest w stanie sobie z tym poradzić w zaledwie rok dzięki dużo mniej rozbudowanej konstrukcji. – Wszystkie nasze komponenty to prawdopodobnie jedna czwarta albo mniej tradycyjnego samolotu – mówi Steve Hanvey, CEO z doświadczeniem w zarówno lotnictwie cywilnym, jak i wojskowym.

Czy to naprawdę takie proste?

Wszystko to brzmi bardzo ciekawie, ale co bardziej sceptycznym obserwatorom rynku i tak zapali się kilka lampek ostrzegawczych. Przede wszystkim efekty wszystkich prób Alaka’i, Ubera i całej reszty to urządzenia na tyle różniące się od znanych od dawna samolotów czy helikopterów, że FAA może mieć duży problem z oceną poziomu ich bezpieczeństwa. Przedsiębiorstwa mają nadzieję na ustalenie ogólnych, niezbyt restrykcyjnych wytycznych, które trzeba będzie spełnić, aby dopuścić pojazd do poruszania się w powietrzu, ale póki co brak konkretnych ustaleń. Dużym problemem może być także sam wodór. Całkiem realny wydaje się scenariusz, w którym jego masowe wykorzystanie może okazać się na tyle rewolucyjne, że aż nierealne. Energia elektryczna jest już bardzo powszechnie wykorzystywana w USA i innych krajach rozwiniętych, a o zasilaniu wodorem nie można tego powiedzieć. Czas pokaże, czy potencjalny game changer dorówna oczekiwaniom twórców, czy stanie się kolejną nierentowną ciekawostką.    

Napisz coś od siebie!