Wypalenie zawodowe to jedna z plag dzisiejszych czasów. Dotyczy ono głównie pracowników wykonujących przewidywalne i powtarzalne zadania, które mogą stanowić źródło sporego obciążenia psychicznego. O ile jasne jest, że wypalenie może dotknąć praktycznie każdego i w żadnym wypadku nie będzie to nic przyjemnego, to jego skutki mogą być szczególnie niebezpieczne, gdy dotyka ono osoby na bardzo odpowiedzialnych stanowiskach, na przykład lekarzy.

Papierkowa robota dla robota

Skoro Alexa czy Siri na dobre zadomowiły się w naszych domach, to nie ma powodu, dla którego miałyby się one nie sprawdzić w środowisku służbowym. Jeśli mielibyśmy wyróżnić jakąś branżę za umiejętne i powszechne wykorzystywanie tego typu technologii, to byłaby to branża medyczna. 

Personel medyczny (przynajmniej w najbardziej rozwiniętych krajach) już od jakiegoś czasu używa technologii pozwalającej na transkrypcję danych z nagrań audio pochodzących z dyktafonów. Najnowsze osiągnięcia w dziedzinie sztucznej inteligencji pozwalają jednak na więcej w zakresie rozpoznawania kontekstu wypowiedzi i intencji nadawcy komunikatu. Coraz doskonalsi i powszechnie dostępni asystenci głosowi mogą wykonywać notatki na bieżąco, a następnie wprowadzać je do elektronicznych kartotek pacjentów, tym samym oszczędzając lekarzom sporo niemerytorycznej pracy.

Mniej błędów i niedopowiedzeń

Nie brakuje głosów, że lekarzom przygniecionym papierkową robotą zwyczajnie brakuje czasu na wykonywanie ich podstawowego zadania: leczenia. – Na każdą godzinę poświęconą pacjentowi przypadają dwie godziny, które przeciętny lekarz spędza przed ekranem – twierdzi Harjinder Sandhu, CEO Saykara, startupu z Seattle, który chce odciążyć medyków od ich obowiązków związanych z tworzeniem rozrastającej się dokumentacji. – [Lekarze] albo piszą na komputerze podczas wizyt pacjentów, albo poświęcają wieczorne godziny, próbując odpowiednio udokumentować swoje przypadki – dodaje.   

Saykara powstała w 2017 roku, a w zeszłym roku otrzymała 5 milionów dolarów na rozwój Kary, asystenta napędzanego sztuczną inteligencją. Według twórców Kara jest pierwszym “ambientowym” asystentem głosowym, co oznacza, że nie musi być uruchamiany przez konkretne polecenia lekarza. Znacznie minimalizuje to ryzyko nieumyślnego niezapisania ważnych treści przez urządzenie. Kara po prostu domyślnie ustawiona jest na nasłuchiwanie otoczenia, z którego wyłapuje na przykład objawy chorobowe, które wymienia lekarz, a następnie zapisuje je w formacie tekstowym. Może mieć to zbawienny wpływ na jakość wizyty. – To rzeczywiście poprawia relację lekarz-pacjent – twierdzi Sandhu. – Często zdarza się, że pacjent opowiada o czymś, a lekarz interpretuje to w swojej głowie. A teraz doktorzy zmuszeni są do powiedzenia na głos rzeczy, które w innym wypadku pozostałyby w ich głowie albo zostały przez nich zapisane bez dzielenia się nimi z pacjentami. Teraz pacjenci przez cały czas trwania procesu słyszą to, co myśli lekarz – dodaje CEO Saykary.

Rokowania są dobre

Dotychczasowy feedback od pacjentów, którzy każdorazowo muszą udzielić zgody na używanie asystenta AI, również napawa optymizmem. Dużo mówi się o pozytywnym wpływie asystentów na komunikację między pacjentem a personelem medycznym. Sami lekarze przyznają, że taki system zbawiennie wpływa na liczbę popełnianych przez nich błędów – muszą opisywać przypadki na głos, a pacjent w każdej chwili może coś skorygować lub dopytać o niezrozumiałe dla niego sformułowanie. Win-win.

Póki co Kara przekonała do siebie 20 amerykańskich organizacji medycznych. Firma liczy na znacznie więcej – w końcu według oficjalnych danych w całym kraju pracuje 850 tysięcy lekarzy. Jeśli masowo przekonają się do asystentów napędzanych AI, to startup z Seattle będzie musiał podzielić się rynkiem z innymi graczami, wśród których można wymienić Suki (w zeszłym roku zgarnęli 20$M), Notable (zeszłoroczne finansowanie w kwocie $13.5M) czy Nuance.

Napisz coś od siebie!