Chciałeś kiedyś mieć warzywniak? Czemu nie, spokojny temat – 4:00 rano pobudka… bo trzeba dojechać czasami te 30 kilometrów na targ czy do hurtowni po świeże owoce i warzywa… 6:00 – dostawa i wykładanie wszystkiego na sklepie… 7:00-18:00 handel i obsługa klientów (w zasadzie od lat tych samych)… luźne pogawędki… a o 21:00 do spania i tak dalej…

Zero stresu, sporo systematycznej pracy. Raz lepiej, raz gorzej. Generalnie niewiele zaskoczeń i nieoczekiwanych zwrotów akcji w życiu, może poza zmienną ceną ziemniaka, ale do tego można się przecież też przyzwyczaić.

Możesz też zrobić inaczej

Zgadaj się z kolegą ze studiów (dokładnie – to musi być kolega ze studiów! Nie wiesz, że to zawsze tak jest?), który umie programować i stwórzcie razem aplikację do zamawiania produktów w lokalnych sklepach w waszym mieście.

Dogadaj się następnie na początek z kilkunastoma sklepami. Po roku otrzymaj 500 tysięcy dolarów od jednego z funduszy Seed na marketing, aby po trzech miesiącach dostać 10 milionów (od VC). Następnie po kolejnych 3 miesiącach – dodatkowe 35 baniek… aby po pół roku dostać kolejne… 120 milionów.

Grofers 1Poznaj Grofers, czyli internetowy warzywniak, który podbija Indie

Czy to jakiś żart?

… Nie.

Tak właśnie wyglądała droga Albindera Dhindsy i Sarabh Kumara. Dwójki hindusów, którzy w grudniu 2013 roku stworzyli aplikację Grofers, aby po 2 latach zebrać w sumie 165 milionów dolarów finansowania między innymi od takich VC jak Sequoia – jednego z największych funduszy na świecie (inwestycje w Apple, Google, Oracle, PayPal, Youtube, Instagram).

Co jest w tym wszystkim najlepsze? Grofers po zaledwie 2 latach funkcjonuje w 26 indyjskich miastach, zatrudniając… 3300 osób.

Zaraz, zaraz… internetowy warzywniak z trzema tysiącami pracowników..?

O co tu chodzi i gdzie tutaj logika. Moment i wszystko będzie jasne. Może na pierwszy rzut oka nie jest to aż tak banalne, ale pamiętaj, rzecz dzieje się w Indiach – drugiej populacji świata, a Grofers to już nie tylko aplikacja mobilna w formie internetowego warzywniaka.

Obecnie można tam dostać 175 tysięcy różnych produktów, a aplikacja jest do użycia w 26 miastach Indii. Niby niewiele, aczkolwiek Bombaj to 12, a Delhi 10 milionów hindusów, gdzie tylko w czterech największych miastach Indii mieszka w sumie 40 milionów ludzi, czyli bez mała tyle, co w całym naszym kraju.

Aplikacja została stworzona aby rozwiązać pewien podstawowy problem – aby zrobić zakupy musisz niestety wyjść do sklepu (jeśli nie masz jeszcze żony). Celem Grofers jest to, aby każdy mógł dostać pod swoje drzwi produkty ze swoich ulubionych, lokalnych sklepów nie tylko warzywa i owoce, ale również świeże pieczywo, kwiaty, mięso, karmę dla psów, środki czystości, czy kosmetyki.

Wszystko to w maksymalnie 90 minut. Grofers bierze na siebie dostawy produktów, dlatego 80% z ich pracowników stanowią tzw „delivery boys”, odpowiadający za dostawy. Startup za cel numer jeden stawia sobie właśnie dostawy na czas oraz najwyższą jakość produktów, stąd też zyskał tak dużą popularność w Indiach, rozprzestrzeniając się z jednego na aż dwadzieścia sześć miast.

Grofers 2Zmiana nawyków największym wyzwaniem. W nagrodę – mango i parasolka!

Twórcy nie kryją, iż największym problemem była zmiana nastawienia zarówno samych handlarzy, jak i klientów, którzy nie przywykli do robienia standardowych zakupów przez smartfona. Grofers wyszedł naprzeciw temu wyzwaniu, oferując między innymi spore (nawet 20%) zniżki na zakupy dla nowych klientów.

Jednak jeszcze większy skutek odniosła kampania marketingowa, w której to przy pierwszych zakupach otrzymywałeś… darmowe mango. Inną chwytliwą kampanią w Bombaju było dołączanie do dostawy… parasolki.

akcja zaplanowana ona została na dzień, kiedy w mieście padało po raz pierwszy od tygodni.

Timing ponownie wygrał, a kampania rozniosła się szerokim echem w całym mieście. To kilka przykładów tego, w jak kreatywny sposób Grofers stara się zachęcić nowych klientów do aktywnego korzystania z aplikacji. Póki co wychodzi im to całkiem nieźle, gdyż w maju (zeszłego roku) otrzymywali 5000 zamówień dziennie, rosnąc w niektórych miastach nawet po kilkadziesiąt procent miesięcznie.

Gdzie tu są pieniądze?

Na samym początku twórcy skupili się na rozwoju modelu B2B (business-to-business). Przekonanie kogoś do tego, aby kupił coś od Ciebie jest do prawdy dużym osiągnięciem. Zarabiali wyłącznie na umowach ze sklepami, do których przyprowadzali nowych klientów zupełnie nieznaną dotychczas drogą.

W grudniu 2014 roku startup jednak zmienił model na B2C (business-to-customer), pobierając już określoną prowizję od każdego zamówienia (nawet do 20%) oraz dodatkowo zapewniając sobie możliwość płatnej dostawy, w przypadku niewielkich zakupów.

Czemu aż 3000 pracowników? Miasta są tak wielkie, a Grofers, aby spełnić obietnicę 90 minut musi pokryć je całe siatką swoich „delivery boys”, co w przypadku miast 10-krotnie większych od Warszawy stanowi pewne wyzwanie.

Jeszcze jeden kluczowy element

To, o czym Grofers nie chce mówić głośno jest fakt, iż sami zaczęli inwestować w sieci własnych hurtowni. Eliminują tym samym jedno z ogniw w łańcuchu zamówienia i sami z pośrednika stają się również sklepem.

Ten model już zaczyna funkcjonować, Grofers w partnerstwie ze sklepami tak kompletuje zamówienie, że z pobliskich sklepów dostarcza tylko te produkty, których albo aktualnie nie posiada u siebie w hurtowniach, nie są u nich w ogóle dostępne, bądź też których skompletowanie przekroczy obiecane 90 minut.

Cyniczne i okrutne?

Raczej ewolucja i kolejny etap naturalnego rozwoju. Największą przeszkodą jest to, iż branża detaliczna w Indiach nie ewoluowała od dekad i nad tym Grofers obecnie najbardziej pracuje.

Ta zmiana w końcu nadejdzie i to Grofers będzie czerpać z niej największe korzyści. Bo na zyski w długim terminie liczą właśnie inwestorzy z Sequoia Capital jak i inni, którzy zrobili zrzutkę, dając 165 milionów argumentów, aby wierzyć w ten biznes.

Dlaczego ten serwis tak dobrze przyjął się na indyjskim rynku? Potencjał – drugie najbardziej zaludnione państwo na świecie, wielodzietne rodziny (a zatem zakupy, które raczej nie ograniczają się do pięciu jajek, worka ryżu i kurczaka tandoori) a… bieda? Z pewnością jest to olbrzymi problem tego kraju, aczkolwiek umówmy się, kogo stać na smartfona, ten raczej wielkiej biedy nie klepie.

Jak to wygląda w naszym kraju?

Obecnie Alma (www.alma24.pl) chyba najbardziej aktywnie promuje się w tej materii, aczkolwiek do gry mają wkroczyć kolejni wielcy gracze, w tym z segmentu dyskontów, czyli Lidl oraz Biedronka we własnej osobie.

Wszyscy wspólnie twierdzą, iż sprzedaż internetowa stanie się jednym z ich kanałów sprzedaży. I stanie się to prawdopodobnie prędzej, niż później.

Jedno jest jednak znamienne, skoro nawet Biedronka, z marżami na poziomie ledwie kilku procent, zdecydować ma się w końcu na wejście do e-commerce (jak to brzmi) i umożliwi robienie zakupów przez Internet, to znaczy, że w naszym kraju również jest miejsce na odpowiednik Grofers.

Napisz coś od siebie!